POLSKA W UNII EUROPEJSKIEJ –
BILANS PIERWSZEGO ROKU CZŁONKOSTWA
Marek MIGALSKI,
Slezská univerzita Katowice
1 maja 2004 roku
Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Przez całe lata 90 – te akcesja
do tej organizacji była, obok wstąpienia do Sojuszu Północnoatlantyckiego,
głównym celem polskiej polityki zagranicznej. Członkiem NATO staliśmy się na
wiosnę 1999 roku, wraz z Republiką Czeską i Węgrami. Od roku jesteśmy też
pełnoprawnym partnerem państw naszego kontynentu w ramach UE. Marzenie wielu
pokoleń Polaków, by żyć w bezpiecznej i dostatniej Europie, stało się faktem.
Cieszymy się opinią solidnego sojusznika w ramach euroatlantyckiego systemu
bezpieczeństwa oraz zyskujemy szacunek wśród naszych europejskich partnerów.
Warto więc przyjrzeć się bliżej polskiej aktywności w procesie europejskiej
integracji; dokonać bilansu ostatniego roku i wskazać na osiągnięcia oraz
niedoskonałości naszej obecności w Unii Europejskiej.
Ostatnie dwanaście
miesięcy było okresem niezwykle ważnym w historii naszego kraju. Cel polskiej
polityki zagranicznej poprzedniej dekady został osiągnięty – staliśmy się
członkiem europejskiej rodziny wolnych narodów. Lecz zaraz potem okazało się,
że tak pojmowany cel był jedynie celem średniodystansowym lub, mówiąc bardziej
dosadnie, środkiem polityki zagranicznej. Wraz z akcesją Polski do Unii
Europejskiej nie zniknęły zadania dla naszych polityków i instytucji
publicznych, nie zostały rozwiązane wszelkie problemy i dylematy polskiej
polityki zagranicznej, nie wyparowały zagrożenia dla polskiej racji stanu. Z
momentem naszej integracji z Unią rozstrzygnięte zostały niektóre dotychczasowe
dylematy polskiego MSZ, ale zaraz potem pojawiły się nowe wyzwania i problemy.
Nasze przystąpienie do UE nie okazało się, co łatwo było przewidzieć, „końcem historii” polskiej dyplomacji i nie
było automatycznym rozwiązaniem bolących nas kwestii. Nie oznacza to jednak, że
proces ten nie przyniósł wymiernych korzyści i nie był pomocny w zdynamizowaniu
polskiej gospodarki. Odwrotnie – polska obecność w UE jest przez zdecydowaną
większość komentatorów i publicystów oceniana jako niezwykle korzystna, z punku
widzenia polskiej gospodarki. Jak oszacował Komitet Integracji Europejskiej,
1,5 z 5,3 procenta wzrostu PKB Polski w 2004 roku było efektem integracji.[1] Nasz kraj otrzymał w zeszłym roku z budżetu
Unii o prawie sześć miliardów złotych więcej, niż do niej wpłacił[2].
Dzięki dotacjom unijnym ruszyła budowa autostrad, których niedostatek jest
piętą Achillesową polskiej infrastruktury komunikacyjnej. Inwestycje zagraniczne
w polską gospodarkę okazały się największe od pięciu lat, co – obok
przyśpieszenia ogólnoświatowej ekonomiki – może być tłumaczone poczuciem
bezpieczeństwa, jaki odczuwają zagraniczni inwestorzy wobec gospodarki kraju
członkowskiego UE. Polska zaczęła być postrzegana jako jeszcze bardziej
stabilny i wiarygodny partner biznesowy i gwarant powodzenia przedsięwzięć
gospodarczych. Dzięki otwarciu
niektórych rynków pracy „starej piętnastki”, dziesiątki tysięcy naszych rodaków
mogło znaleźć zatrudnienie w Wielkiej Brytanii, Irlandii i innych krajach Unii.
Zwiększyła się także konkurencyjność polskiego przemysłu, który dzięki otwarciu
rynków zachodnich zintensyfikował swój eksport.
Największym jednak
zaskoczeniem był sukces, jaki odniosły na unijnych rynkach polskie produkty
rolne. Okazały się one absolutnym hitem w europejskich sklepach – ich eksport wzrósł o 60 procent.[3] Zawdzięczają one swą karierę zarówno niskiej
cenie, która nie jest efektem wysokich dopłat z budżetu UE, lecz produktywności
polskiego rolnika i taniości jego pracy, jak i walorom smakowym,
charakterystycznym dla żywności produkowanej w sposób jak najbardziej naturalny
i unikający stosowania sztucznych „ulepszaczy”, tak często spotykanych w
przypadku żywności zachodniej. Tak gwałtowne zwiększenie eksportu polskich
produktów żywnościowych oraz dofinansowanie produkcji rolnej w formie dopłat
bezpośrednich skutkowało wzrostem
poparcia wśród rolników dla procesu integracji europejskiej. Polscy chłopi byli
jedną z najbardziej „eurosceptycznych” grup społecznych w Polsce, ale
wydarzenia ostatniego roku spowodowały, że w grupie tej nastąpił wyraźny przełom w postrzeganiu akcesji naszego kraju
do Unii Europejskiej. Zważywszy na to, że Bruksela coraz częściej sygnalizuje,
że będzie wspierać w przyszłości rolnictwo ekologiczne, którego podstawą będą
niewielkie gospodarstwa rolne, wytwarzające produkty żywnościowe w sposób jak
najbardziej naturalny, można się spodziewać, że polscy rolnicy będą trwałymi
beneficjantami procesu integracji i że w tej grupie społecznej Unia Europejska
będzie miała coraz większe poparcie.
Trzeba także zaznaczyć, że obecność Polski w
UE skutkowała negatywnymi zjawiskami ekonomicznymi, z których najważniejszymi
były zwiększenie się inflacji oraz wzrost cen wielu produktów. Od kwietnia
2004 do kwietnia 2005 inflacja wzrosła o prawie 3 procenty,[4]
co niepokoiło wielu Polaków, którzy świetnie pamiętają skutki szalejącej w
naszym kraju w latach 80-tych i na początku 90-ych inflacji. Obawy towarzyszyły
także wzrostowi cen na niektóre produkty (zwłaszcza żywnościowe)[5].
Nie spełniły się także nadzieje, że akcesja Polski do Unii Europejskiej
spowoduje znaczący spadek bezrobocia – tego najbardziej bolesnego, negatywnego
zjawiska w naszym życiu gospodarczym. W ciągu ostatnich miesięcy zanotowano
spadek o zaledwie 0,1 procenta, co w obliczu prawie 19-procentowej stopy
bezrobocia jest zjawiskiem bez znaczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że z
ekonomicznego punktu widzenia, obecność Polski w Unii Europejskiej okazała się
znaczącym sukcesem. 1 maja 2004 roku był dla naszego kraju dobrym dniem, bowiem
wraz z nabyciem członkowstwa w UE polska gospodarka nabrała nowego impulsu i
tempa, powodując wzrost poziomu życia wśród wielu grup społecznych. Dopłaty z budżetu
Unii, możliwość penetracji unijnych rynków, łatwość przemieszczania się, napływ
funduszy strukturalnych – wszystkie te zjawiska spowodowały, że ekonomiczny
bilans pierwszego roku naszego członkostwa w zintegrowanej Europie można uznać
za pozytywny.
Lecz Unia Europejska
to nie tylko obszar wspólnego rynku i kooperacji gospodarczej; to także – a w
planach i marzeniach przywódców europejskich , nade wszystko – pewien koncept
polityczny. Warto więc także zadać sobie trud podsumowania ostatnich dwunastu
miesięcy polskiej obecności w UE z punktu widzenia polityki. Wydaje się, że i w
tej materii okres naszego członkostwa w strukturach zintegrowanej Europy nie
jest czasem zmarnowanym. Wyraźnie wzrosło znaczenie Polski na arenie
międzynarodowej. Kraj nasz traktowany jest przez wielkich graczy
geopolitycznych jako trwały element Unii Europejskiej i solidny partner. Polska
uzyskała poprzez swoje członkostwo w UE wpływ na działania tej organizacji i
może podejmować starania w dziele kształtowania jej polityki zagranicznej. Jako jedno z sześciu największych państw w
Europie ma możliwość i prawo przejęcia na siebie współodpowiedzialności za
jakość stosunków międzynarodowych na Starym Kontynencie oraz poza nim. Obszarem
szczególnej troski winna być dla Warszawy przestrzeń geopolityczna pomiędzy UE
a Rosją. Ta polityczna próżnia, powstała po rozpadzie Związku Radzieckiego,
jest powoli zagospodarowywana przez Unię i NATO (tak bowiem należy traktować
przyjęcie szeregu państwa tego regionu do obu organizacji). Polska staje się
naturalnym liderem tej części Europy, czego dała wyraźny sygnał w czasie tzw.
„pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Zaangażowanie naszego kraju w pokojowe i
„prozachodnie” rozwiązanie tego procesu było bezprecedensowe i obrazowało
zarówno ambicje Polski odgrywania roli moderatora i arbitra w tej przestrzeni
geopolitycznej, jak i jej możliwości. Te ostatnie były niewątpliwie zwiększone
poprzez obecność naszego kraju w strukturach Unii Europejskiej. Kluczową
pozycję w wydarzeniach na Ukrainie odrywali polscy politycy, z prezydentem
Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. Warto jednak także wspomnieć o aktywnej
działalności polskich deputowanych do
Parlamentu Europejskiego, którzy obecni byli na ulicach Kijowa i w gabinetach
tamtejszych polityków. To ich dziełem było „projuszczenkowskie” stanowisko,
jakie zajął w kwestii wydarzeń za naszą wschodnią granicą Parlament Europejski
i cała Unia. Jak wspomina David Harley, sekretarz generalny partii europejskich
socjalistów: „tak mocne poparcie przemian na Ukrainie nie byłoby możliwe bez
lobbingu polskich posłów, którzy niestrudzenie objaśniali sytuację na
Ukrainie”.[6] Rzeczywiście, polskich eurodeputowanych
widać było wszędzie; naciskali oni zarówno na polityków ukraińskich, jak i
unijnych. Przeforsowali swoje stanowisko wbrew wyraźnemu „boczeniu” się Francji
i Niemiec, które nie chciały zadrażniać stosunków z Rosją. Jeden z francuskich
parlamentarzystów wyznał: „Oni (Polacy – przyp. M. M.) wpadli w ukraiński
trans. Ustąpiliśmy, żeby dali nam spokój.”[7]
Zwyciężyła więc optyka polska. Nie
mogłoby się to udać bez obecności naszego kraju w strukturach unijnych. Kryzys
na Ukrainie był doskonałą egzemplifikacją ambicji Polski do odgrywania aktywnej
roli w Europie Środkowej i Wschodniej, jak i zwiększonych możliwości naszego
państwa po akcesji do UE. Polska lobowała na rzecz prodemokratycznych przemian
na w Kijowie nie tylko jako sąsiad Ukrainy, chcący zapewnić sobie
bezpieczeństwo i przyjaznego partnera za granicą, ale także jako ważny podmiot polityki wewnątrzunijnej.
Histeryczne zachowania Rosji i seria późniejszych antypolskich wystąpień
prezydenta Putina oraz rosyjskiego MSZ były jedynie świadectwem, że nie mylili
się ci, którzy upatrywali w wydarzeniach na Ukrainie dowodu na zwiększanie się
roli naszego państwa w regionie. Zwiększanie, które nie byłoby możliwe bez
obecności Polski w Unii Europejskiej.
Zwycięstwo Wiktora
Juszczenki w wyborach prezydenckich na Ukrainie i obranie przez ten kraj
prozachodniej opcji w polityce zagranicznej dokonało się dzięki aktywnej roli
Polski i Polaków jako obywateli Unii
Europejskiej, i jest najbardziej „namacalnym” oraz widocznym dowodem na
korzyści polityczne, jakie płyną z obecności Rzeczpospolitej Polskiej w
strukturach zintegrowanej Europy.
Status naszego państwa jako członka UE zwiększył potencjał polityczny
Polski na arenie międzynarodowej i dal jej nowe instrumentarium do prowadzenia
aktywnej polityki zagranicznej. Ale korzyści wynikające z naszej akcesji do UE
są czasami mniej oczywiste i spektakularne. Przykładem takiego właśnie
zwycięstwa optyki polskiej w ważnej, choć nie pierwszoplanowej materii, jest
skuteczna kampania polskiego rządu i społeczeństwa w rugowaniu z debaty publicznej na Zachodzie antypolskich
stereotypów i zakłamań. Klinicznym przykładem tego typu intelektualnych nadużyć
było nagminne stosowania w odniesieniu do nazistowskich obozów
koncentracyjnych, usytuowanych w czasie drugiej wojny światowej na terytorium
polskim, terminu „polskie obozy śmierci”. Jak zauważa A. Kaczorowski: „Seria
spektakularnych przeprosin, wymuszonych na redakcjach gazet przez polskie media
i opinię publiczną, była wydarzeniem bez precedensu w naszej historii. Z
pewnością nie doszłoby do niego, gdyby podczas obchodów 60 rocznicy wyzwolenia
obozu w Auschwitz Polska nie była krajem członkowskim Unii Europejskiej.”[8] Autor ma całkowitą rację, nasza obecność w
rodzinie europejskich narodów niejako automatycznie pomaga w budowaniu
pozytywnego wizerunku naszego kraju na arenie międzynarodowej i utrudnia jego
oczernianie. Członkostwo w UE ułatwia walkę o dobre imię, co nie jest bez
znaczenia dla pozycji Polski w stosunkach z innymi krajami (każdy kraj dba o
swój polityczny PR, wiedząc, że image,
jaki posiada się w oczach swych ewentualnych partnerów jest równie ważny, jak
realny potencjał gospodarczy i dyplomatyczny); „…stereotyp antysemickiej Polski
– kontynuuje A. Kaczorowski – jest w głównych zachodnich mediach w odwrocie.”[9]
Ostatni rok pozwolił Polsce i Polakom dać się lepiej poznać swoim europejskim
partnerom i przyczynił się do rozwiania wielu mitów i krzywdzących stereotypów
na nasz temat. Stała obecność naszego kraju w mediach, zwiększający się ruch
turystyczny, ekspansja polskiego eksportu na rynki zachodnie, sukcesu naszej
kultury i sztuki w zachodnich galeriach, muzeach i salach – wszystkie te
czynniki kruszyły nieprzychylny Polsce obraz w umysłach naszych europejskich
partnerów, przyczyniając się do poprawy politycznej pozycji naszego kraju.
Lecz wszystkie te sukcesy nie oznaczały, że ostatnie dwanaście miesięcy przebiegało dla Polski bezproblemowo. Integracja z Unią Europejską oznaczała wejście naszego kraju na salony polityki uprawianej na Starym Kontynencie i wzrost znaczenia naszego kraju. Nie wszystkim się to podobało. Zachód obawiał się zalania swych rynków pracy przez niewykwalifikowanych robotników z nowoprzyjętych państw i skutecznie utrudnił swobodny przepływ ludzi na wspólnym rynku, co stało w wyraźnej sprzeczności z zasadami dotychczasowej integracji. Jedynie Szwecja, Irlandia i Wielka Brytania otworzyły swoje gospodarki na przybyszów ze Wschodu. W chwili obecnej w krajach tych pracuje, odpowiednio, dwa, trzydzieści i siedemdziesiąt tysięcy naszych rodaków. To stanowczo za mało; pozostałe kraje „piętnastki” nie kwapią się jednak do rychłego ułatwienia Polakom i innym narodom rozszerzonej Unii dostępu do ich rynku pracy. Wysiłki wszystkich polskich ekip rządzących okazały w tej materii niewystarczające i nie zapewniły obywatelom „nowej Unii” równoprawnego traktowania. Ostatni rok nie przyniósł w tej kwestii żadnych pozytywnych rozstrzygnięć.
Co gorsza, ujawniły
się ze strony niektórych rządów „starej Unii” postulaty tzw. harmonizacji
podatkowej, co oznacza – w bardziej zawoalowany i dyplomatyczny sposób – próbę
ujednolicenia stawek podatkowych w całej Wspólnocie. Oznaczałoby to w
rzeczywistości podniesienie podatków w krajach Europy Środkowej i Wschodniej i
zmniejszenie atrakcyjności inwestycyjnej tego regiony dla kapitału
zagranicznego. To właśnie niskie podatki i tania siła robocza przyciągają do
naszej części kontynentu europejskiego wielkie i średnie przedsiębiorstwa,
także z Europy Zachodniej. Ta
„alokacja” została ostro potępiona przez rządy Francji i Niemiec, a polska
komisarz w KE, Danuta Hűbner, była skarcona za pozytywne wyrażenie się o tym
procesie. Państwa bogate oskarżają swoich biedniejszych partnerów o „dumping
podatkowy” i starają się przeciwdziałać przenoszeniu części swojej produkcji do
krajów nowoprzyjętych, poprzez nakłanianie ich do podnoszenia podatków i
znoszenie ulg inwestycyjnych dla kapitału międzynarodowego.
Z podobnym
procederem mieliśmy do czynienia w kwestii tzw. dyrektywy Bolkesteina (nazwanej
tak od nazwiska byłego komisarza Komisji Europejskiej, odpowiedzialnego za
rynek wewnętrzny). Dokument ten zakazuje jakiejkolwiek dyskryminacji w wolnym
przepływie usług pomiędzy państwami Unii. Dyrektywa jest osią niezgody na linii
„stara Unia – nowa Unia”, gdyż kraje piętnastki, zwłaszcza Francja i Niemcy,
sprzeciwiają się jej wprowadzeniu w życie, obawiając się – słusznie – że na ich rynku pracy pojawią się
tysiące świetnie wykwalifikowanych profesjonalistów z Europy Środkowej i
Wschodniej, którzy oferować będą swe usługi we wszelkich dziedzinach (od
budownictwa, przez stomatologię, po rachunkowość), którzy za swoją pracę – wykonywaną
wysoce fachowo i rzetelnie – będą domagać się mniejszej zapłaty, niż odpowiedni
profesjonaliści z krajów zachodnich. Taki proces mógłby spowodować wzrost i tak
już niemałego bezrobocia u naszych zachodnich sąsiadów i przyczynić się do
spadku popularności tamtejszych ekip rządzących. Dlatego też na razie
skutecznie blokują, fundamentalny dla integracji europejskiej, swobodny
przepływ usług i przyczyniają się do tego, że realizacja Strategii Lizbońskiej
wydaje się odległa o lata świetlne. Nasza roczna obecność w Unii jedynie
potwierdziła obawy „starej Unii” co do tego, że nasi rodacy są w stanie
skutecznie konkurować na europejskim rynku pracy, oferując produkty oraz usługi
tańsze i lepsze, niż ich zachodni koledzy.
Muszą niepokoić także zapowiedzi niektórych zachodnich polityków, że ich celem jest zmniejszenie budżetu Unii na lata 2007 – 2013 do poziomu 1% budżetów państw członkowskich. Oznaczałoby to, że UE staje się mniej hojna wobec swych biedniejszych członków i do lamusa odchodzą czasy solidarności europejskiej, kiedy to kraje bogatsze i większe chętnie dzieliły się swoim sukcesem z państwami biedniejszymi. Jest to tym groźniejsze, że dają się słyszeć głosy, że pierwszą „ofiarą” okrojonego budżetu będą fundusze strukturalne, które w głównej mierze nakierowane są właśnie na nadrabianie cywilizacyjnego zapóźnienia, będącego udziałem niektórych regionów Unii. Dotyczy to zwłaszcza państw naszej części Europy i źle by się stało, gdyby zasada solidarności, charakterystyczna i fundamentalna dla procesu integracji europejskiej od lat 50-tych ubiegłego wieku, miałaby się skończyć wraz z przyjęciem nas do UE. Kraje naszego regionu będą bowiem w przyszłości głównymi beneficjantami funduszy strukturalnych i w ich żywotnym interesie leży utrzymanie dotychczasowych wydatków w tym zakresie na niezmienionym, co najmniej, poziomie. Od maja 2004 roku więcej jednak dopływało do opinii publicznej głosów dla tej sprawy nieprzychylnych, niźli pozytywnych. W tym kontekście, pierwszy rok Polski w Unii nie można zaliczyć do udanych, choć zaznaczyć należy, że dyskusja o tzw. perspektywie budżetowej na lata 2007 – 2013 dopiero się zaczyna.
Na koniec tych
rozważań warto jeszcze podkreślić, że w roku, który upłynął od akcesji Polski
do Unii Europejskiej, nie brakowało ze strony zarówno polityków państw
członkowskich UE, jak i ze strony liderów innych państw, uwag oraz komentarzy naszemu krajowi
nieprzychylnych, a czasami wprost nieprzyjaznych (jak było to w wypadku Rosji i
Białorusi). Ale jest to dowodem na wzrastanie w siłę naszego państwa, na to, że
staje się ono graczem regionalnym i ważnym podmiotem polityki międzynarodowej.
Dzięki swej integracji z Unią, Polska wzmocniła się ekonomicznie, poprawiła
swój międzynarodowy image, zwiększyła swój potencjał polityczny i dyplomatyczny,
odgrywała istotną rolę w swoim sąsiedztwie, nie zaniedbując także zajmowania
stanowiska w sprawach światowych (np. kontynuując, pomimo odmiennego stanowiska
swych europejskich partnerów, misję w Iraku). Rok w Unii Europejskiej był
dobrym rokiem, który – pomimo perturbacji i fatalnego spadku notowań rządu na
arenie wewnątrzkrajowej – umocnił pozycję Polski w Europie i na świecie, i
który stanowił kolejny etap w budowaniu roli naszego kraju w rodzinie narodów i
państw europejskich.
Dr. Marek Migalski
[1] Cyt. za: „Newsweek Polska”, 8. 05. 2004, s. 27.
[2] Dokładna liczba to 6 mld 093 mln zlotych. Dane za: www.ppr.pl/artykuł.php?id=124555, 07. 05. 2005.
[3] Cyt. za: „Wprost”, 1 maja 2004, s. 54.
[4] Ibidem, s. 51.
[5] Wzrost o około 6,3%. Dane za: www.ppr.pl/artykuł.php?id=124555, 07. 05. 2005.
[6] Cyt. za: J. Kowalska – Iszkowska, R. Rudnicki: „Szczupaki i plocie w europejskim stawie”. „Newseek Polska”, 8. 05. 2005., s. 36.
[7] Ibidem.
[8] A. Kaczorowski: „Ach, ci Polacy”. „Polityka”, 20. 04. 2005, s. 10.
[9] Ibidem, s. 11.